15 maja 2015

TIN CAN FOREST - O SŁOWIAŃSKIEJ MAGII W KANADYJSKIM LESIE

Pat Dudek




Artyści Pat Shewchuk i Marek Colek doskonale wiedzą co czai się w dzikich lasach wschodniej Europy. Z czarnym żartem Bułhakova i  drapieżną finezją Švankmajera przenoszą chatkę na kurzej stopce do Kanadyjskiej puszczy.




Baba Jaga Roya Lichtensteina

Transfer kozłogłowych diabłów i wąpierzy ze wschodniego ogródka wprost między klony Ontario okazał się dla kanadysjkich ilustratorów strzałem w dziesiątkę. Prace Tin Can Forest dotarły między innymi na Festiwal Sztuki do Edynburga, Festiwal Animacji do Ottawy, Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Tokio i San Francisco oraz do The Walker Art Center w Minneapolis. Szczerą i zdrową dumę narodową może budzić fakt, że wraz z Tin Can Forest, świat poznaje plejadę naszych słowiańskich straszydeł (które od czasu 'Draculi' Brama Stokera, długo nie wypuszczały się poza Karpaty z podobnym wdziękiem i uznaniem). Tym razem nie w przestarzałych, opasłych tomiskach z adnotacją „o strzygach i upiorach ssących krew z rumianych dziewic”, ale w konwencji gatunkowej na miarę użytkownika multimediów. I dowcipnego  czytelnika.




Duet z Kanady to specjaliści od komiksu (jeśli w tym momencie Ci z was, którzy komiks mają za stypizowane, popkulturowe głupstwa o superbohaterach albo niestrawną serię memów, pomyślą o zmianie kanału, ostrzegam: rzecz ociera się o Bułhakowa).
Więcej: rzecz ociera się  o całą masę europocentrycznych odniesień ideowych, stylizacji językowych i rodzimą brutalność w opowiadaniu bajek (zjadanie dzieci, płoty z kości, diabły w lesie). Tin Can Forest kipi absurdem animacji Jana Švankmajera, który jeszcze w XXI wieku śmie ożywiać legendarne potwory w piwnicach współczesnych kamienic. Švankmajer, znany z tego, że nadaje swojemu „tu i teraz” znamiona ludowego i baśniowego absurdu, zdaje się być odniesieniem idealnym, nie tylko ze względu na tematykę, ale nieugrzeczniony sposób opowiadania klechd i legend, który nazwać można erotyczną igraszką z groteskowym humorem czechosłowackich komedii i tym, co w dzieciństwie zjeżyło głos na jego głowie. Podobnie względem nadmienionego „Mistrza i Małgorzaty”; jeśli choć raz zachłysnęliście się światem stworzonym przez Bułhakowa, świat od Tin Can Forest potraktujecie jako naturalny awans ukochanej specyfiki. Jak inaczej traktować upersonifikowane koty tańczące razem z koźlętami i wiedźmami wokół czarnych torcików w pentagramy, rogatego czarta wstrzymującego ruch uliczny dla pochodu lewitujących czaszek czy lokalne czarownice wchodzące na księżyc po drabinie?
Żeby mnożyć archetypy, Tin Can Forest na wschodzie nie kończy; wśród postaci takich jak Baba Jaga, Piękna Wasylisa, tańcząca Bogini Kupała czy kot Behemot spotkamy twory braci Grimm (czerwony kapturek i zły wilk), postaci wyjęte żywcem z czeskich filmów (niezdarny listonosz, wiejski pijaczyna, policjant pogrążony w absurdzie wydarzeń) oraz pełne uroku symbole Kanady (niedźwiedź, otaczająca fauna i flora). Warto nadmienić, że pomimo tematycznego demonizowania i poruszania się wokół jawnego okultyzmu, wszystko co dostajemy od Tin Can Forest jest urocze, miłe i swojskie (urocze są pogrzeby, żmije, obcinanie głów; pogańskie rytuały budzą przedszkolny sentyment wobec konstruowanych ręcznie Marzann, które do tej pory dzieci tworzą tylko po to, żeby najpierw nadwęglić im suknie, a potem bestialsko utopić w kałuży, natomiast komediowe i literackie elementy powodują, że naiwny z pozoru komiks traktujemy jako zbiór cytatów z literatury i tradycji kultury.




Jeśli należałoby zestawić Tin Can Forest z czymś współczesnym, z łatwością podepniemy tę stylistykę pod  słodko-demoniczne malarstwo Aleksandry Waliszewskiej; pewien znany i lubiany nurt w sztuce ilustracji, który kwitnie na kanwie memów i coraz silniejszej przyswajalności „groteskowego horroru”. Waliszewska z wdziękiem dba o urok diabła, Tin Can Forest dba o jego dobre imię i przetrwanie gatunku.

Przygody polskiego diabła

O tym, że Tin Can Forest porusza się w obszarze słowiańskiego folkloru dwieście razy sprawniej  i bardziej świadomie niż nie jeden polski producent muzyczny, wiadomo przy pierwszym zetknięciu z serią. O tym, że Tin Can Forest w ogóle istnieje, wie niewielu Słowian. Seria, prawdopodobnie z przyczyn czysto reklamowych, nie jest u nas popularna i nie doczekała się przekładu na polski. Czytać możemy ją w języku angielskim (z wieloma etymologicznymi odniesieniami do naszej tradycji językowej).

Tin Can Forest w zawrotnym tempie dostarcza nowych ilustracji za pośrednictwem tumblra (http://tincanforest.tumblr.com/), odbiorca internetowy zdaje się być ich mocną stroną. Poza funkcjonującymi niezależnie, krótkimi komiksami i pojedynczymi ilustracjami, TCF wydało cztery książki (komiksy) z których wszystkie tworzą zwarte ciągi fabularne, kilka krótkich animacji oraz serię autorskich gadżetów
.
Na blogu (http://tincanforest.blogspot.com/) czytywać możemy zwarte epizody, dotyczące kolejnych bohaterów, doszukiwać się odniesień do bajek z naszego podwórka, poznawać nowe diabły i nowe sposoby na zakrzywianie rzeczywistości.
Niezwykła finezja z jaką twórcy posługują się absurdem i łamaniem konwencji sprawia, że nie sposób oderwać się od fabuły. W tym lesie wszelkie zasady wyznacza kod zawarty w myśleniu magicznym; zarówno pogańskich Słowian jak i współczesnych wiccan. Tin Can Forest łączy to co słodkie i urocze z tym co demoniczne i zakazane (trudno nie zauważyć bezpośrednich nawiązań do działalności realnych grup okultystycznych, Aleister'a Crowley'a czy współczesnej wizji neopogańskiego sabatu). Zasadą przetrwania w Lesie jest wiedza, kto może wejść na księżyc i jak pozbyć się deszczu trupich czaszek, że można albo uciekać, albo dać się porwać do tańca. Ważna jest tu natura, a wszelkie czynności mające naruszać jej porządek są wielkim przewinieniem i płaci się za nie srogie kary (rogate czaszki spadają z nieba z powodu „globalnego ocieplenia”)




Zachwyca także plastyka – z pozoru nie wybiegająca poza dominujące standardy w ilustracji, jednak spełniająca wszelkie oczekiwania, z racji doskonałego dopasowania wizji do treści; tak przyjemna jak niepokojąca,  pełna niuansów i stymulująca wyobraźnię. „Niemal dla dzieci” - chciałoby się powiedzieć, mrużąc oczy na pijaków, demony i krwawe sceny z nożem.

Ponad wszystko wybija się jednak folklor, zarówno w stronie wizualnej jak i treści. Nakreślone tą zasadą „wschodnie dionizje” u TCF są niczym innym jak prominentnym  wyróżnieniem i rozpowszechnianiem na świecie rdzennej kultury Słowian, co z naszego wschodniego punktu widzenia wydaje się być atutem bezprecedensowym. W istocie atutów jest znacznie więcej: od świetnie skrojonego czarnego humoru po edukacyjną wyprawę do głębi naszej, swojskiej tożsamości kulturowej. Wycieczka do lasu wskazana dla każdego!


http://tincanforest.com/





Cosmos On Canvas
https://www.facebook.com/cocneso